Lawenda, sierp i trzy doby w pociągu czyli jak młody Polak odkrywał Bułgarię zanim wellness stało się modne
W roku 1978, kiedy granice świata kończyły się na czarno-białym ekranie telewizora, a najmodniejszym gadżetem był termos z wkładem szklanym, pewien 17-letni uczeń szkoły średniej postanowił przeżyć przygodę życia. Zapisał się do Ochotniczego Hufca Pracy – a dokładniej, do wyjazdu do Stara Zagora w Bułgarii. Nikt wtedy nie mówił o slow travel czy aromaterapii. Mówiło się: „Zbierzesz maliny, zobaczysz świat.”
Podróż pociągiem z Warszawy trwała trzy doby. Trzy. Doby. Bez Wi-Fi, bez podcastów, za to z niekończącą się herbatą z dworcowych termosów i gwarem wagonu, w którym królowały kanapki z jajkiem i ogórkiem kiszonym. Kto zasnął pierwszy – ten miał najczystszą szybę do oparcia głowy.
Po dotarciu na miejsce nikt nie dawał czasu na refleksję nad pięknem Bałkanów. O świcie, równo o 5:00, ruszali na pola. Sierp w dłoń i wśród porannej mgły zaczynało się ścinanie lawendy. Jej zapach wsiąkał we włosy, ubrania i pamięć. Potem były maliny – i dłonie czerwone jakby z bajki o czarodziejskim ogrodzie.
Nie było masaży ani rytuałów spa, ale było coś więcej: zapach słońca, śmiech przy pracy, pierwsze rozmowy z Bułgarami łamanym rosyjsko-polskim, i to uczucie – że robi się coś razem. A lawenda? Pachniała wtedy mocniej niż wszystkie perfumy świata.
Dziś ta historia wraca nie tylko jako wspomnienie, ale i jako dowód, że aromaterapia czasem zaczyna się od sierpa i śniadania z plecaka.
Refleksja: Może nie mieliśmy wtedy pojęcia o wellbeing, nie znaliśmy pojęć takich jak uważność czy aromaterapia. Ale ścinając lawendę o świcie i śmiejąc się z kolegami na zboczach pachnących malinami, robiliśmy dokładnie to, co dziś nazywamy życiem w rytmie slow. I może właśnie dlatego ten zapach lawendy sprzed lat wciąż potrafi wywołać uśmiech – taki prawdziwy, prosty, bez retuszu.
Swoją historią podzielił się z nami Mirek, uczestnik OHP, Bułgaria 1978
A Ty? Gotowa, gotowy by spakować plecak i ruszyć w swoją podróż z zapachem przez Bałkany?